Węglokoks S.A.

 



 

Nasze zdjęcia z TransAlpu 2008 (niebawem więcej)



[sobota, 26 lipca 2008 r., poniższa relacja była napisana właśnie tego dnia, ale jakiś idiota, którego nie można nawet hackeram nazwać, zablokował nam dostęp do konta administracyjnego i nie mogliśmy jej tu umiescić]

KONIEC
Czy to już koniec? Jakoś nie mozemy uwierzyć, że jutro nie będzie codzinnego pośpiechu przed startem. Dojechalismy do mety Transalpu w Rivie. Zrobiliśmy to!!! Ukończyliśmy wyścig! Ponad 665 km i 21 tysięcy metrów przewyższeń. Z Niemiec do Włoch - przez Alpy. Celu sportowego nie osiągnęliśmy. Już po drugim etapie wiedzieliśmy, że pierwsza dwudziestka jest nierealna. Poziom sportowy od zeszłego roku wzrósł niebywale. Nasz poziom też, ale niewystarczajaco. W całym wyscigu mielismy średnią prędkość o 6 km/h wyższą niż w zeszłym roku, mimo że był teraz dłuższy dystans i większe przewyższenia. To nie wystarczyło.

Natomiast zrealizowaliśmy nasz cel nr 1. Na 20 przełeczach Transalpu podnieśliśmy Okruchy Zycia dla Piotrusia. Po powrocie do Polski od razu zabieram się za przygotowywanie aukcji. Liczę na Wasz udział.

Dzisiejszy etap wydawał się jeszcze wczoraj "bułka z masłem", ale nauczeni doświadczeniem nastawilismy się na najgorsze. A to, miało miejsce na początku etapu, bo organizator na dobicie startujacych przygotował stromy długi podjazd. Jechaliśmy bardzo ciężko, bo noc w campie była hmmm ... - trudna. Poziom zaduchu (smrodu jak kto woli) przekroczył wszelkie normy i trzeba było uciec do korytarza. Ale wracając do wyścigu - po 22 km "deptania" pod górę, staneliśmy na Passo san Giovanni (1745 mnpm), gdzie podnieśliśmy kamień dla Piotrusia i dodatkowy - specjalny kamień dla kibica, którego wylosuje sam Piotruś. Nareszcie zobaczyliśmy wyczekiwane Dolomity i ... Jezioro Garda daleko w dole - cel naszej tygodniowej przygody.

Przed nami jednak wciąż była główna atrakcja tego etapu, kilku-kilometrowy, superstromy, kaministo-skalisty zjazd wąską jak chlolera ścieżką w lesie. Nauczył nas pokory i dziś bardziej bolą nas ręce niż nogi. Wypadliśmy wreszcie z tej ścieżki na asfalt, który miał nas już doprowadzić do mety. Podczas postoju na punkcie żywieniowym dogoniła nas Pia Sundstedt (Mistrzyni Swiata w Maratonie MTB) i jej partnerka Alison Sydor oraz kilka innych teamów. Dalsza cześć wyścigu przypominała już bardziej kolarstwo szosowe niż górskie. Tworzyliśmy szybki "pociąg" wchłaniający kolejne teamy. Harce, próby ucieczek z tego naszego peletonu zaczęły się na 5 km przed metą. Wiedziałem jak prowadzi trasa, więc zaplanowaliśmy, że my też zaatakujemy, ale w odpowiednim momencie. Taki nadarzył się na ok 1 km przed metą. Dalem znak Matowi i "skoczyłem" do przodu. Okoliczności były ku temu bardzo sprzyjające, bo wjechaliśmy właśnie do Rivy i goniąca nas grupa nie miała miejsca by nas wyprzedzić. Na linię mety wpadliśmy jako pierwsi. Etap zakonczylismy na 38 miejscu, z czasem 2h59 min. A cały TransAlp na 47.

Jeszcze przed startem wymieniliśmy z Matem smutną refleksję, że niestety nikt nas nie powita na mecie. A tu szok! Nagle podbiegło do nas kilku gości, jak się okazuje z Rzeszowa, gratulując i robiąc nam zdjęcia. Dostaliśmy też gratulacje od jakiejś nieznanej nam Polki. Bardzo to było miłe.

ETAP 9
Nad zachodnim brzegiem jeziora Garda króluje duża góra, na szczyt której wjeżdża się po półce skalnej, zawieszonej nad wodą. Postanowiliśmy, że dla wyrażenia naszej wdzięczności dla przyjaciół i bliskich, którzy nas codzinnie wspierali, wjedziemy tam i pozbieramy jeszcze kilka kamyków. Tak też zrobilismy. Ok 13.30 stanelismy na szczycie. Dziękujemy Wam za doping.

POWROT
Rowery już w ciezarowkach. Jutro o 8 wyruszamy autokarem do Fussen, gdzie zostawilismy auto. No a potem do Polski.

A tymczasem siedzimy na uroczystosci zakonczenia czekajac na najwyzsze trofeum - koszulki FINISHERA. Przed nami dluuuuuuga noc ;p
Pozdrawiamy,
Fil & Mat

[piątek, 25 lipca 2008]

Relacja z 7 etapu /KALTERN - ANDALO/

DWÓJA DLA ORGANIZATORA
Jak można przejechać przez Dolomity - jedne z najpiękniejszych gór w Europie nie widząc ich? To pytanie zadajemy sobie po dzisiejszym etapie z Kaltern do Andalo. Organizator wytyczył trasę znów w lasach odbierając uczestnikom największą wartość Transalpu, czyli widoki. Dzisiejszy etap rozpoczął się od 22 km katorżniczego podjazdu na Graunerjoch (1813 m n.p.m.). Od startu wystrzeliliśmy bardzo mocno i na szczycie zameldowaliśmy się na 27 pozycji. Potem zaczęły się karkołomne zjazdy singletrackami i szerokimi kamienistymi drogami. Było fajnie do momentu, gdy trasa wywiodła nas na rozgrzaną upałem asfaltową drogę, wiodącą lekko pod górę przez ok 8 km, w tak piekielnym słońcu jak dziś, takie drogi nie należą do przyjemności. Do mety w Andalo doprowadził nas stromy podjazd szutrowymi drogami. Jechaliśmy go ostatkami sił, a białe myszki raz po raz pojawiały nam się przed oczami. Ukończyliśmy dzisiejszy 75 km etap na 39 miejscu. W nogach mamy już 600 km, a do mety wyścigu w Rivie pozostało tylko 61 km, z czego 40 km to zjazd. Można więc powiedzieć, że mamy już z górki :)

Pewnie zapytacie skąd ten optymizm skoro wczoraj marudziłem o kontuzji prawej nogi? Hmm, wygląda na to, że voltaren w maści i w tabletkach pozwoli mi dokończyć wyścig. Dziś było dobrze. Wierzę, że jutro też tak będzie.

Dla Piotrusia z dzisiejszego etapu mamy 2 kamienie. Podczas całego wyścigu podnieśliśmy ich w sumie 20. Jutro przed nami zadanie dodatkowe - znaleźć na ostatniej przełęczy wyścigu - Passo San Giovanni kamień dla kibica, którego spośród osób zapisanych do Księgi Kibiców wylosuje sam Piotruś. Jeszcze można się zapisać :) Wasze słowa wsparcia i doping Piotrusiowi w walce z chorobą,  a nam w walce na trasie jest niezbędny.

SNY O WŁASNYM ŁÓŻKU
Jeszcze dwie noce spędzimy w campie. W niedzielę rano wsiadamy do autokaru z Rivy do Fussen, gdzie zostawiliśmy samochód. Noc z niedzieli na poniedziałek spędzimy w drodze powrotnej z Niemiec do Polski.

Teraz pragniemy tylko dwóch rzeczy - spotkania z bliskimi i porządnego snu we własnym łóżku. Bez stoperów w uszach ...

Pozdrawiam, Fil

 

[czwartek, 24 lipca 2008]

Relacja z 6 etapu /NATURNS - KALTERN/

LEŚNI LUDZIE

Jesteśmy lekko rozczarowani dzisiejszym etapem, który był reklamowany przez Uli Stanciu, dyrektora imprezy jako królewski. Owszem już przed wyścigiem statystyki trasy tego etapu budziły respekt - 97 km i aż 3929 m sumy podjazdów. Nigdy w życiu nie jechaliśmy w wyścigu z takim przewyższeniem. Po poprzednich etapach, obfitujących w zapierające dech w piersiach widoki, nastawiliśmy się na nadzwyczajną przygodę idącą w parze z nadzwyczajnym wysiłkiem. Ale tak naprawdę w dzisiejszym etapie fajny był tylko asfaltowy i bardzo kręty zjazd do Kaltern. Pędząc w dół czuliśmy się trochę jakbyśmy byli na włoskiej trasie pucharu  świata w rajdach samochodowych. Co rusz skały, zwężenia, mnóstwo serpentyn. No i prędkość dochodząca do 80 km/h. Super! Pozostała część etapu to mozolne szutrowe podjazdy w ... lesie. Stąd nasze rozczarowanie bo las, który co prawda dawał nam zbawienne schronienie przed palącym słońcem, zasłonił wszystkie widoki. Poza tym na trasie sporo szybkich kamienistych zjazdów, całkiem podobnych do tych w Beskidach. Na jednym z nich Mat przyglebił - trochę się poobijał. Nic poważnego.

Ta trochę nudna trasa obfitowała natomiast w Okruchy Życia dla Piotrusia. Podnieśliśmy ich dziś 4, ale nie nastawiajcie się na jakieś fajne zdjęcia "okoliczności przyrody" w których były podnoszone. Wpadłem dziś na pomysł by wjeżdżając na metę podnieść jedną dłoń a w drugiej pokazać kamienie. Fakt ten został przez licznie zgromadzonych kibiców zauważony. Zresztą obserwujemy że uczestnicy wiedzą, że jedzie dwóch gości z Polski, którzy na najwyższych przełęczach podnoszą kamyki dla chorego chłopczyka. Dziś na trasie zaczepiła nas para z Niemiec wypytując o szczegóły akcji. Napisał o akcji także oficjalny dziennik Transalpu.

MAMY PROBLEM
Dzisiejszy etap był dla mnie nie tyle walką z trasą ale z bólem prawego kolana. Najprawdopodobniej przeciążyłem je na 122 km etapie z Livigno do Naturns, kiedy ciągnąłem ostatnie kilometry by nadgonić stracony podczas napraw łańcucha czas. Dziś bolało jak cholera. Na pierwszym podjeździe jechałem tak wolno, że  zaczęły mnie już wyprzedzać jakieś dziadki. Dzięki zamrażaczowi w sprayu udało mi się jakoś pozbierać i dalej jechaliśmy już płynnie. Na metę wpadliśmy na 44 miejscu. Po finishu od razu podjechałem do Rescue Team i lekarka po zbadaniu nogi orzekła, że prawdopodobnie jest naderwany przyczep 4-glowego mieśnia przy prawym kolanie. Dostałem maści i leki przeciwbólowe, na których będę jechał jutro i pojutrze do mety w Rivie. Taki mały dopalacz :)) Ale wszystko legalnie :))

CAMPOWICZE
Kończymy powoli cykl informacji o uczestnikach Transalpu :  Ostatnia kategoria, o której chcę Wam opowiedzieć to campowicze, czyli zawodnicy śpiący codziennie w campie. A camp to różne miejsca, w zależności od tego co ma do zaoferowania miasto etapowe. Najczęściej są to sale gimnastyczne, takie jak ta w której teraz leżę razem z może dwusetką innych campowiczów. Czasem jednak campy są organizowane w innych dziwnych miejscach, np. w bunkrach przeciwatomowych, parkingach podziemnych czy koszarach. Camp tworzą ludzie i ich ekwipunek. Na glebie wielkie torby (wszyscy uczestnicy otrzymują od organizatora duże torby, które są przewożone ciężarówkami do kolejnego miasteczka etapowego w czasie gdy zawodnicy są na trasie), obok toreb materace lub karimaty, a na nich ciała zawodników. Na każdym wystającym ze ściany elemencie wisi jakiś suszący się ciuch. Wygląda to jak koreański bazar. Przed wejściem do Campu setki suszących się butów kolarskich.

No dobra - a jak wygląda dzień campowicza?? Tutaj nie ma określonych rytuałów. Każdy campowicz ma swój patent. Z reguły dzień campowicza wygląda tak: 6 rano pobudka i wyjście na śniadanie, po sśniiadaniu pośpieszne pakowanie toreb i załadunek na ciężarówki. Potem campowicz jedzie na start. Po zakończeniu etapu campowcz musi umyć sobie rower, przesmarować go i odwieźć do garażu, umyć siebie, zrobić sobie automasaż nóg, zjeść coś (pasta partu rozpoczyna się codziennie dopiero o 18), wyprać ciuchy. Czasu na odpoczynek jest bardzo niewiele. Nie ma żadnego życia towarzyskiego. O godz. 23 w campie gasną światła.
Co ciekawe w campie mieszka bardzo niewielu Niemców, którzy stanowią ogromną większość uczestników. Słychać natomiast język angielski, hiszpański, duński, holenderski i inne.

Aby przetrwać w campie trzeba mieć trzy rzeczy: materac, śpiwór i stopery do uszu.
Właśnie zgasły światła.

Cześć, Filip

 

[środa, 23 lipca 2008]

Relacja z 5 etapu /LIVIGNO - NATURNS/

PIĘKNE GÓRY I NASZ PECH

Wjechaliśmy w Dolomity. Dzisiejszy etap z Livigno do Naturns liczyl 122 km. Najszybsi pokonali ten dystans w 5 godzin, najwolniejsi jechali dwa razy dłużej. Nam dziś niestety nie poszło najlepiej (nasz czas to 6 h 07 min i 58 miejsce) :((

Od startu jechaliśmy w pierwszej czterdziestce, ale niestety na 60 km Mateusz urwał łańcuch. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że musieliśmy go znacznie skrócić co skutkowało tym, że na stromych podjazdach łańcuch zaciągał się pod ramę. Kilka razy musieliśmy stawać, tracąc wypracowany wcześniej na podjeździe dobry czas. Wczorajszy i dzisiejszy etap to jedne z najpiękniejszych dni w moim życiu. Surowe góry i najwyższy na trasie szczyt tegorocznego Transalpu Bocchetta di Forcola (nie był to jednak Idioch, jak wcześniej pisałem - za pomyłkę sorry), gdzie na wysokości 2768 m n.p.m. podnieśliśmy kamyk dla Piotrusia. Drugi Okruch Życia leżał trochę niżej bo na wysokości 2200 m n.p.m., na przełęczy Passo Trella. Dzisiejszy etap można by nazwać etapem życia i śmierci. Droga, a właściwie ścieżka na Bocchetta di Forcola wiodła wąskimi półkami skalnymi zawieszonymi nad przepaściami. Jeden niewłaściwy ruch kierownicą, jedno niewinne obsunięcie koła i lecisz w odchłań bez szans na przeżycie.

Kiedy teraz wspominam sobie ten skrawek widoków, które zarejestrowałem, gdy nie musiałem skupiać się tylko na jeździe to myślę sobie, że na taki transalp lepiej byłoby przyjechać by przeżyć przygodę, a nie po to by się ścigać. Zabrać na trasę plecak z dobrym aparatem i zatrzymywać się by uwiecznić wszystkie widoki, które ulecą z czasem z mojej pamięci. Może kiedyś ...

JUTRO KRÓLEWSKI ETAP
Wróćmy do rzeczywistości. Słuchajcie - nareszcie możemy odmrozić wszystkie członki we włoskim słońcu. Naturns przywitał nas upałem. No more chill!!!

Jutro królewski etap. Według organizatorów najtrudniejszy i najbardziej wymagający fizycznie. Etap do Kaltern to 97 km i ... Uwaga 3929 m sumy podjazdów w pionie. Jest co jechać.  

CAMPEROWICZE
No i na koniec parę slów o zawodnikach, nazwanych przez nas camperowiczami (wczoraj było o zawodowcach). Jest to taka odmiana osobników, którzy przyjeżdżają na transalp camperami z rodzinami/znajomymi. Stanowią sporą grupę społeczną na wyścigu. Ich dzień wygląda mniej więcej tak: rano ruszają na trasę wyścigu i gdy męczą się na trasie ich camper podąża na metę danego etapu. Kiedy camperowicz finiszuje czeka już na niego obiad w camperze, mechanik i bardzo często przed pojazdem stoi prywatny stół do masażu. Żyć nie umierać! Ja z Matem należymy do grupy campowców albo jak kto woli campowiczów, ale o tym jutro.

Pozdrawiam,
Fil

PS dziś dostałem rewelacyjny środek dopingujący. Moja żona Misia przesłała mi filmik z moja córeczka Jagusią, która przesyła mi buziaka. Myślałem, że się popłaczę.

 

 

[wtorek, 22 lipca 2008]

Relacja z 4 etapu /SCUOL - LIVIGNO/

A MIAŁO BYĆ TAK PRZYJEMNIE

Kładąc się wczoraj spać w szwajcarskim Scuol byliśmy optymistycznie nastawieni na dzisiejszy etap, który przywiódł nas do Włoch. Optymizm gasł wraz z rosnącym poziomem nieprzyjemnego zaduchu na sali gimnastycznej, gdzie organizator zakwaterował uczestników. Wyobraźcie sobie dwie setki ludzi śpiących jedna przy drugiej w źle wentylowanej sali. Niemożliwe było spanie w takich warunkach więc materac pod pachę i wyniosłem się na korytarz.

Ranek przywitał nas znów zimnem i lekkim deszczem, jednak gdzieś na dnie świadomości tliła się jeszcze nadzieja - przecież jedziemy do Włoch, gdzie pogoda musi być! Nic bardziej mylnego! Powiedziałbym, że dzisiejszy etap był jeszcze trudniejszy z pogodowego punktu widzenia niż wczorajszy. Trasa poprowadziła nas w 6 stopniowym zimnie i przy padającym od czasu do czasu śniegu przepięknymi widokowo trawersami do Livigno - znanego ośrodka sportów alpejskich. Na metę dojechaliśmy na 44 miejscu z czasem 4 h 16 min. Dziś większą część trasy jechaliśmy z Mistrzynią Świata w maratonie MTB Pia Sundsted i jej partnerką niemniej sławną Alison Sydor. Po 45 km, kiedy byliśmy zajęci podnoszeniem Okruchów, dziewczyny wyraźnie przyśpieszyły i nam odjechały.

Dziś podnieśliśmy dla Piotrusia 4 Okruchy Życia. Tym razem zdjęcia, na których dokumentujemy naszą akcję pokazują super alpejskie widoki.

KATEGORIE ZAWODNIKÓW
Parę słów o samych zawodnikach. Na Transalpie dzieli się ich nie tylko ze względu na płeć i wiek. Można ich także podzielić wg zakwaterowania, sposobu spędzania czasu po zakończeniu każdego etapu.

1. Zawodowcy - kolarze najczęściej zawodowo uprawiający ten sport. Na Transalpie śpią zawsze w hotelach. Mają profesjonalną ekipę - mechaników, masażystów, ludzi którzy stoją na trasie wyścigu podając bidony i jedzenie. Zawodowiec jedzie wyścig bez zatrzymywania na bufetach. Bidony dostaje od rozstawionej na trasie ekipy. Po przyjeździe na metę czeka już na niego ciepłe wyżywienie, a jego rower od razu przejmują mechanicy. Po skonsumowaniu obiadu zawodowiec jedzie do hotelu, gdzie przejmują go masażyści i czasem fizjolodzy. Na następny dzień pojawia się na starcie jak nowo narodzony. Jak się pewnie domyślacie my z Matkiem do tej kategorii nie należymy :))

Jutro kolejna porcja informacji o nieco innej kategorii uczestników Transalpu - czyli camperowiczach. Pojutrze o nas - czyli campowiczach.

Pozdrowienia,
Filip

 

 

[poniedziałek, 21 lipca 2008]

Relacja z 3 etapu /ISCHGL - SCOUL/

ZIMA W ŚRODKU LATA

3 dni ścigania za nami, 230 km w nogach. Rywalizację podczas 3 etapu z austriackiego miasteczka Ischgl do szwajcarskiego Scoul zakończyliśmy na 51 miejscu, tracąc do liderów 40 minut. Poranek w Ischgl powitał nas deszczem i 7°C, ale zimno dokuczało nam tylko przez pierwsze 15 minut wyścigu - do momentu kiedy rozpoczeliśmy podjazd na najwyższy szczyt tegorocznego Transalpu - Idioch, mierzący 2737 m n.p.m. Na takiej wysokości na rowerach jeszcze nie byliśmy.
Dyrektor wyścigu jeszcze przed startem ostrzegał, że na górze może być nawet -2°C i opady śniegu. Niewiele się pomylił. Mój pulsometr wskazał na Idioch 0°C, a ostatni kilometr podjazdu jechaliśmy przy padającym śniegu. Na szczycie podnieśliśmy najważniejszy Okruch Życia dla Piotrusia.
Szczerze mówiąc zimno, śnieg i stromizna podjazdu kilkakrotnie nas demotywowały, ale świadomość, że na szczycie Idioch leży kamień, który trzeba podnieść powodowała, że mocniej naciskaliśmy na pedały. Sam kamień jest wyjątkowy, jest inny niż wszystkie pozostałe. Ma odcień zielonkawy.

Niestety widok na szwajcarską część Alp, który miał być wg Uli Stanciu zapierający dech w piersiach, był dziś zatopiony w gęstych chmurach i mgle. Ale już na zjeździe z Idioch ukazał nam się widok, którego nie da się opisać najbardziej wyszukanymi epitetami. Dla takiej chwili, gdy pędzisz w dół wśród tak przepięknych gór warto żyć. Drugi kamień dzisiejszego etapu podnieśliśmy na przełęczy Kobleralm, na wysokości ponad 1900 m n.p.m.

Scoul, w którym jest usytuowana meta etapu jest urokliwym miasteczkiem w stylu włoskim, otoczonym skalistymi szczytami. Ludzie są tu maksymalnie wyluzowani, sympatyczni i gościnni. Ale kto by nie był żyjąc w takiej scenerii, z dala od wielkomiejskiego brudu i zgiełku? Z dala od gonitwy, która większość z nas doświadcza. Dziś śpimy dla odmiany nie na kortach, ale na sali gimnastycznej tutejszej szkoły.
Jutro ruszamy do Włoch. Przed nami 77 km jazdy. Miejmy nadzieje w słońcu i z widokami.

Pozdrawiam,
Filip

 

 

[niedziela, 20 lipca 2008]

Relacja z II etapu /Imst - Ischgl/

Ischgl - mekka mountainbikerów. Oj ciężko było nam tu dziś dotrzeć. 76 km etap z Imst był dla nas wyzwaniem i tak naprawdę testem. Wielokilometrowe podjazdy, ponad 3100 metrów sumy przewyższeń  i zimno zrobiły swoje. Zakończyliśmy etap na 60 miejscu. Wyścig dziś nie układał się po naszej myśli. Niestety wyszedł brak treningów na długich i stromych podjazdach.

Przed nami jeszcze 6 etapów i będziemy starać się odrobić straty. Mamy też nieodparte wrażenie, obserwując zawodników finiszujących przed nami, że poziom na tegorocznym Transalpie jest wyższy niż na zeszłorocznym. Team Bulls, najbardziej utytułowani specjaliści od wyścigów etapowych na świecie dziś przegrali z Craft Team. Inne zespoły też depczą im po pietach. Także na naszym poziomie ściera się wiele dobrych teamów.

3 OKRUCHY
Na dzisiejszym etapie do Ischgl podnieśliśmy 3 Okruchy Życia dla Piotrusia. Plan wykonany w 100 procentach.
Jutro czeka nas wjazd na najwyższy szczyt tegorocznego Transalpu - mierzący prawie 2800 m n.p.m. Idioch. Dzisiejsza prognoza mówi, że może tam być nawet 0°C i opady (w tej chwili w Ischgl leje). Uli Stanciu obiecał jednak że panorama rozpościerająca się z Idioch na szwajcarskie Alpy warta jest wysiłku nawet w ujemnych temperaturach. Zobaczymy - być może trzeba będzie szukać najbardziej wartościowego Okruchu pod śniegiem??

Pozdrawiam, Fil 

 

[sobota, 19 lipca 2008]

Relacja z I etapu /FUSSEN - IMST/

Bang, bang

Dotarliśmy do austriackiego miasteczka Imst, gdzie jest usytuowana meta 1 etapu. 80 km rywalizację zakończyliśmy na 51 miejscu z 35 min stratą do zwycięskiego Teamu Bulls. W stosunku do zeszłego roku jest to progres o ok. 20 minut. Jechaliśmy spokojnie - swoim tempem, nie reagując na wyprzedzających nas zawodników. Dzisiejszy etap był poprowadzony pagórkowatym terenem z jednym większym podjazdem na Marienbergjoch, gdzie podnieśliśmy pierwszy Okruch Życia dla Piotrusia. Na szczycie - wspaniała atmosfera. Mnóstwo kibiców gorąco dopingujących zawodników i ... Góral grający na dudach.

Suma przewyższeń - tylko 1962 m. Dobra rozgrzewka.
 
BIG BANG
Dzisiejszy dzień rozpoczął się dla nas niecodziennie. Po spakowaniu bagaży i śniadaniu spokojnie opuściliśmy kryte korty tenisowe na których spaliśmy i pojechaliśmy na start. Było jeszcze wcześnie kiedy to właśnie ja, a właściwie wybuch mojej opony, obudził mieszkańców Fussen. Mechanicy Shimano, u których próbowałem pompować feralną oponę okrzyknęli mnie Mr. Big Bang :)) Uznaliśmy to za dobry znak. Jedziemy dalej.
Jutro już prawdziwie alpejski etap do Ischgl - 76 km i 3171 m sumy przewyższeń.

Do jutra,
Fil

 

[piątek, 18 lipca 2008]

Relacja z etapu "0" FUSSEN - Niemcy

Po 10 godzinnej podróży wreszcie jesteśmy w Fussen - przyjemnym górskim miasteczku  i na pograniczu niemiecko austriackim. To tutaj po raz pierwszy podczas tegorocznego wyścigu zabrzmi jego hymn utwór  AC/DC - Highway to Hell. zgodnie z tradycją organizator puszcza go przed startem każdego etapu. Posłuchajcie go - ten kawałek działa jak świetny środek dopingujący. tytuł też pasuje do tej imprezy :)

Organizacja biura zawodowa jak zwykle na najwyższym poziomie. Wszystko jak w zegarku. Ceremonia otwarcia rozpoczęła parada narodów reprezentowanych na wyścigu. Wszystkich państw nie sposób wymienić bo tak ich tu wiele. Są ludzie z całego świata w tym z tak egzotycznych z kolarskiego punktu widzenia krajów jak Libia czy Japonia.

Uroczystość poprowadził oczywiście legendarny już dyrektor imprezy Uli Stanciu. Facet ma naprawdę ogromny dar ciekawego opowiadania o trasie. Podczas briefingu do jutrzejszego etapu setkom zawodników szczęki opadły jak Uli zaczął omawiać etap pokazując animacje lotniczą całego etapu. Jutro przed nami stosunkowo łatwa rozgrzewka - 80 km po pagórkowatym terenie z jedną dużą górą Marienbergjoch (ok. 1800 m n.p.m.), gdzie podniesiemy pierwszy Okruch Życia dla Piotrusia. Startujemy w rytmach Highway to Hell o 10.00

Do jutra, Fil
Pozdrawiam/Regards,
Filip Kuźniak

 

 

[czwartek, 17 lipca 2008]

"Okruchy" poruszą lawinę!!!

 

Dziś w nocy ruszamy na nasz wyścig! Czas na nasz MANIFEST!

"Okruchy Życia" muszą poruszyć lawinę pomocy! Nie tylko finansowej. W naszej akcji kamyki są tylko drobnym symbolem, a zdobycie pieniędzy na rehabilitację Piotrusia z ich licytacji tylko jednym z celów! W ciągu tygodni przygotowań skupialiśmy się przede wszystkim na zwróceniu uwagi ludzi nie tylko na Piotrusia i naszą akcję, ale przede wszystkim na brak perspektyw leczenia dzieci chorych na rdzeniowy zanik mięśni w Polsce.

"Okruchy Życia" to tylko początek ... GŁÓWNYM CELEM akcji, która nie zakończy się wraz z wyścigiem TransAlp, która będzie trwała i rozwijała się - jest rozpowszechnianie informacji o dzieciach chorych na SMA, po to by świadomość i wiedza o tej chorobie w Polsce w niedługim czasie była na takim poziomie jak w Europie Zachodniej, czy USA. Tam rodzicom chorych dzieci żaden lekarz nie mówi "Wasze dziecko ma 2, może 3 lata życia przed sobą". Tam zarówno lekarze jak i rodzice nie tylko wierzą, ale wiedzą, że ich dziecko ma szanse na wyleczenie".
Filip Kuźniak,
Mateusz Maculewicz,
Tomek Waluga

Filip, Tomek i Mateusz - powiernicy "Okruchów Życia". Akcji nie byłoby jednak bez wielu przyjaciół, którzy zaangażowali swoje siły i umiejętności. Dzięki!

[Środa, 16 lipca 2008]

Czy "noga poda"???

 

Już tylko 1 dzień pozostał do wyjazdu! Osobiście czuję coś w rodzaju euforii! Już w piątek będę zasypiał na moim materacu wśród kilkuset uczestników wyścigu. Przez stres na pewno nie będę mógł zasnąć. A w sobotę – o 6.00 pobudka, toaleta, pakowanie, śniadanie, wcieranie olejków rozgrzewających, „targanie” torby „nie-do-poniesiania” do ciężarówki, a potem już tylko Alpy, my na rowerach i szukanie „Okruchów Życia”.   

Ostatnio wielu znajomych pytało mnie jak przygotowania przed Transalpem. Zawsze mówię im, że dobrze. Jednocześnie zadaje sobie w duchu pytanie, które zawsze nurtuje mnie przed najważniejszymi wyścigami - czy "noga będzie podawała???". (Wyjaśniam laikom - w żargonie kolarskim zwrot "noga podaje" oznacza, że forma sportowa jest naprawdę wyśmienita). Odpowiedź na to pytanie wcale nie jest żadną prognozą. W przypadku większości wyścigów krajowych można na nie odpowiedzieć dosyć precyzyjnie, bo wynika ona z planów treningowych. Po prostu można zaplanować moment, w którym "noga ma podawać". Problem w odpowiedzi na pytanie pojawia się, gdy chodzi o ... TransAlp, który oferuje zawodnikom wielo-kilometrowe podjazdy w palącym alpejskim słońcu.  

Aby sobie odpowiedzieć na pytanie czy dyspozycja podczas wyścigu będzie wysoka, już pół roku przed nim trzeba sobie odpowiedzieć na inne pytanie: jak zaplanować treningi przed słynnymi podjazdami TransAlpu. I tu jest pies pogrzebany, bo nie ma nigdzie w Polsce podjazdów o podobnej długości i nastromieniu, gdzie można by wykonać np. tempówki na intensywności podobnej do tej jaka jest podczas wyścigu. Pozostają płaskie szosy. W ten sposób jesteśmy jednak w stanie dobrze przygotować do alpejskiego wysiłku serce, ale nie nogi. Z zeszłorocznego doświadczenia wiem, że mięśnie nóg podczas pierwszych etapów TransAlpu przeżywają katorgę, zanim "dostosują" się do stromych i długich podjazdów. Bardzo istotne jest w tak dużych górach, by - jak to ktoś powiedział - "pedałować sercem, a nie nogami", tzn. pedałować nie siłowo, lecz z dużą kadencją i na lekkim przełożeniu. Serce wykonuje wtedy większą pracę, bo szybciej bije, ale jednocześnie w ten sposób oszczędzamy nogi i jesteśmy w stanie jechać naprawdę długo dobrym tempem.

Nasza taktyka na TransAlpie jest bardzo prosta i wynika z doświadczeń zeszłorocznych - jechać cały czas nieznacznie pod lub na progu beztlenowym (tzw. lactate threshold), z relatywnie wysoką kadencją i na lekkim przełożeniu, by nie zakwasić mięśni. Ta taktyka sprawdziła się idealnie w zeszłym roku. Wystartowaliśmy spokojnie i z etapu na etap jechaliśmy coraz szybciej. Zaadaptowane do odmiennej pracy mięśnie z dnia na dzień były w stanie przełknąć o jeden ząbek twardsze przełożenie.

Ukochane przez nas podjazdy zawsze w końcu się kończą i wtedy zaczynają się równie długie zjazdy. Ach, jaka to przyjemność gnać w dół z prędkością sięgającą czasem 80 km na godzinę. Ach jaka to przyjemność oderwać na chwilę wzrok od przedniej opony i tego co przed nią i spojrzeć na alpejskie szczyty wokół. Taki zjazd ma też znakomite znaczenie dla odpoczynku mięśni. Nie powinno się jednak przestawać pedałować, by zbyt nie schłodzić mięśni, co najczęściej prowadzi do bolesnych skurczy.

W sobotę 12 lipca zrobiłem w Beskidzie Żywieckim ostatni mocny trening przed TransAlpem. Dobrze się złożyło, bo upał był wręcz niemożliwy. Pogoda iście TransAlpowa. Z kumplem – Krzyśkiem (pozdrowienia) zrobiliśmy 4 godzinną symulację wyścigu. Teraz nogi do góry i kilka dni kompensacji.

Pozdrawiam, Filip

Sobota, 16 lipca, Hala Biendoszka w Beskidzie Żywieckim

[niedziela, 13 lipca 2008]

Końcowe odliczanie ...

Długo mnie tu nie było, ale wierzcie mi - tak wiele się działo, że nie miałem czasu nic napisać. Wkraczamy w ostatni etap naszego projektu „Okruchy Życia”! Powtórzę to jak mantrę – dla powodzenia naszej akcji najważniejsze jest jej nagłośnienie, dlatego w ciągu ostatnich kilku dni skupiliśmy naszą wysiłki na pozyskaniu kolejnych partnerów medialnych. I tu kilka dobrych wieści. Dzięki kolegom z centrali ArcelorMittal w Luksemburgu udało się puścić informację o „Okruchach Życia” w świat. Firma posiada dziesiątki zakładów na całym świecie i ma bardzo skuteczne media wewnętrzne, dzięki czemu ponad 300 tysięcy (!) pracowników ma dziś dostęp do informacji o „Okruchach”. Szerokie komunikaty o akcji pojawiły się we wszystkich kanałach komunikacji ArcelorMittal – intranecie, Internecie, ArcelorMittal Web TV. Napływają do nas ciepłe słowa wsparcia od kolegów z wielu stron świata, którzy deklarują chęć uczestniczenia w akcji. A wszystko dzięki Raquel, mojej hiszpańskiej koleżance z ArcelorMittal i jej kolegom z biura. Dzięki Raquel!!!

Mam też dla Was kilka dobrych informacji z krajowego podwórka. „Okruchami” zainteresował się III Program Polskiego radia, popularna „Trójka”. We wtorek 15 lipca w warszawskim studiu stacji Matek opowie, słynnemu i zakręconemu na punkcie rowerów redaktorowi Henrykowi Sytnerowi, o naszym wyjeździe i akcji. „Okruchy” zaistnieją też w Telewizji Polskiej. W środę 16 lipca jedziemy z ekipą telewizyjną do lasu w Wojewódzkim Parku Kultury i Wypoczynku w Chorzowie, gdzie opowiemy o akcji i zaprezentujemy nasz trening. Będzie z nami Tomek Waluga – też na rowerze, który powie parę słów o Piotrusiu i jego wyścigu z chorobą. Oglądajcie nas w TVP 3, w „Sporcie” po głównym wydaniu „Aktualności” (jeszcze nie wiem dokładnie kiedy, ale najprawdopodobniej 17 lub 18 lub 19 lipca). Linka do wersji on-line zmieszczę też na blogu.

Do promowania akcji przyłączył się także organizator największej w kraju ligi maratonów Bike Maraton, która z edycji na edycję bije rekordy popularności wśród średnio-zaawansowanych rowerzystów. Wszystkiej informacje o mediach, organizacjach i ludziach, którzy wsparli promocję „Okruchów” przeczytacie w QQ-łce.

Przygotowujemy się też do ostatniej przed wyjazdem akcji ulotowo-plakatowej  (chcecie zobaczyć jak wyglądają projekty? Proszę bardzo – plakat, ulotka) oraz domykamy formalności konieczne do uruchomienia aukcji. No a jutro ... pakowanie czas zacząć.

Fil

[czwartek, 10 lipca 2008]

Tu nadaje Mat

Witam wszystkich,

Jeszcze nie było wpisu ode mnie, ale cóż zrobić - praca, treningi, praca, treningi….i życie osobiste…po prostu nie ma czasu. Pokrótce opiszę co się ostatnio wydarzyło.

Po pierwsze, zaczynam rozkręcać się w nowej pracy….powoli, powoli ale do przodu i to ważne.

Po drugie…akcja „Okruchy Życia” daje odzew na Pomorzu, w miejscach gdzie rozwiesiłem plakaty i oczywiście u osób zaprzyjaźnionych. 

Po trzecie treningi…tu Trener Kuba, wyciska ze mnie ostatnie poty…ale to już koniec ostrych przygotowań, teraz zaczyna się czas odpoczynku…bo jeszcze będę miał okazję się pomęczyć. Nie wiem, czy to będzie interesujące ale opiszę co robie na tych treningach. Najczęściej są to mikro cykle, 4 tygodniowe, czyli 3 tygodnie na ostro plus tydzień odpoczynku.

Co to znaczy na ostro? Hm…robię krótkie odcinki na rowerze w maksymalnym tętnie i tak po kilka powtórzeń. Średnio trening trwa 2h dziennie, poniedziałek zawsze jest dniem odpoczynku-regeneracji.

Weekendy to najczęściej długie treningi do 5h w niskich tętnach.

No i ... rany po ugryzieniach psa już się zagoiły. To też cieszy.

Mat

 

fiQ miQ Filowe opowieści



[piątek, 4 lipca 2008]

Jedziemy dalej : )) Na krawędzi : ((

Kilka wiadomości – zła i kilka dobrych. Od której zacząć??

DOBRA WIADOMOŚĆ # 1 – kolejne media przyłączyły się do naszej akcji. Od kilku dni logo „Okruchów” promuje największy w Polsce portal biznesowy wnp.pl – który jest wirtualną mutacją opiniotwórczego magazynu „Nowy Przemysł”. 

DOBRA WIADOMOŚĆ # 2 – swojego wsparcia w wypromowaniu akcji udzielił nam również Grzegorz Golonko, dyrektor jednej z największych lig maratonów MTB w kraju – MTB Maraton i znanych wyścigów etapowych Beskidy Trophy i Bike Challenge, umieszczając logo „Okruchów” na stronach tych imprez.

DOBRA WIADOMOŚĆ # 3 – nareszcie odezwali się organizatorzy Transalpu. Informacje o „Okruchach” możecie przeczytać po angielsku i niemiecku na stronie głównej imprezy tutaj

DOBRA WIADOMOŚĆ # 4 – kilka dni temu na maila odpowiedziała mi Emilia Szymańska, jedna z ikon kobiecego MTB. Domeną Emilii jest ściganie w wyścigach etapowych – uczestniczyła m.in. w TransAlp, Trans Germany, BikeChallenge. Swoją pasję połączyła ze szczytnym celem, przyłączając się do organizacji dzieciom ”Right to Play”. Emilia obiecała, że postara nam się pomóc w promowaniu „Okruchów”. Zważywszy, że ma wielu przyjaciół za granicą ta pomoc będzie bezcenna. Tymczasem zapraszam na stronę Emilii.

DOBRA WIADOMOŚĆ # 5 – miasto Bukowno zamieściło na swojej oficjalnej stronie logo „Okruchów”.

Wszystkim ludziom, którzy nam w ten sposób pomagają w imieniu Piotrusia, jego rodziców i swoim własnym dziękujemy!!!

JEDYNA ZŁA WIADOMOŚĆ – wczoraj odebrałem wyniki badań mojej krwii i wynika z nich, że … muszę odpocząć : (( Balansuję na krawędzi tzw.„dołu przetrenowania”. To żaden nadzwyczajny objaw – po prostu jestem trochę „wyjechany” po ostatnich wyścigach. Poza tym chodzę wciąż zbyt późno spać. Mój przyjaciel - sąsiad z góry nabija się z nas, mówiąc „jak idę z psem o 22 to u Kuźniaków już ciemno”. Ha, teraz Drogi Sąsiedzie już o 21 będzie ciemno, bo od dziś Kuźniaki o tej porze chodzą spać!!!
Odpuszczam planowany na sobotę start w Szczawnicy. Pobujam się po lasach murckowskich z córą w foteliku : )) Też będzie fajnie. Do Transalpu wyniki powinny wrócić do normy.
Pozdrawiam, Fil

[Wtorek, 1 lipca 2008] 

Ostatnie szlify

No i nastał lipiec – miesiąc, w którym już od 11 lat rozgrywany jest TransAlp. Do startu pozostało 19 dni. Przystępujemy z Matkiem do ostatnich przygotowań. W tym roku wygląda to trochę inaczej niż w zeszłym, kiedy Matek więcej startował w wyścigach krajowych. W tym roku ściga się mniej ze względu na zmianę pracy. Szczerze mówiąc trochę się obawiam, że ma zbyt mało tzw. kilometrów startowych, ale z drugiej strony ma też dobrego trenera, który mam nadzieję właściwie go do TransAlpu przygotuje.

W tym sezonie mam w nogach prawie 7 tysięcy kilometrów. Za mną 4 maratony jednodniowe i dwa wyścigi etapowe – Beskidy MTB Trophy i Bike Adventure. Właśnie te dwie imprezy są głównymi elementami moich przygotowań do Transalpu. To one mają mi powiedzieć gdzie jestem, co trzeba jeszcze poprawić. I tak się stało. MTB Trophy, uznana za względu na deszcz, zimno i wszędobylskie błoto za masakrę sezonu była "stopa z Month'ego Pythona spadająca na moją głowę. Na drugim etapie brnąłem - bo nie da się tego nazwać jazdą - w glinie i zimnie prawie 6 godzin, czyli co najmniej 2 godziny za dużo! Każda minuta zmagań z trasą to myśli, „chyba się wycofam” i następujących po nich myślach „jeszcze nie teraz, za chwilę”. I tak nagle pojawiła się meta  A na mecie kurczak z kaszą i oliwą oraz kawa – mój powrót do żywych. Potem już było lepiej, ale na 4 etapie już czułem spory zapiek w czworogłowych ud.

Druga etapówka – Bike Adventure to zupełnie inna bajka. Na Beskidy Trophy - trasy były trudne technicznie - totalna wyrypa dla organizmu i sprzętu, ziąb i deszcz, a tu w Dusznikach na Bike Adventure - słoneczko, łatwe trasy; po prostu plaża. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie trzeba było … non stop pedałować. Właściwie nie było na tym wyścigu takich odcinków, gdzie można byłoby trochę odpocząć na zjeździe. Podsumowując – ten wyścig był naprawdę dobrym treningiem przed Transalpem. Cały czas udało mi się trzymać tętno pod progiem i dzięki temu nie zakwasiłem organizmu. Cały wyścig ukończyłem na 10 miejscu OPEN i 2 miejscu w kategorii wiekowej. Fajnie było stać stopień niżej na podium obok Andrzeja Kaisera, niekwestionowanego „Cesarza Maratonów MTB” i ścisnąć jego kościstą dłoń

Teraz kompensacja, parę dni luzu; ewentualnie pokręcę z nogi na nogę z Miką - moją małżonką. Też załapała „cyklozę” – kręci coraz więcej i co mnie bardzo cieszy jara ją rywalizowanie z innymi paniami z jej kategorii wiekowej. To od razu widać – wygląda promieniejąco, nie choruje i w ogóle jest jakaś taka fajna ;)). A w sobotę 5 lipca - kolejny maraton w Szczawnicy. Jeszcze mnie tam na wyścigu nie było.

Pozdrawiam, Fil  

Podium klasyfikacji generalnej Bike Adventure 2008

[poniedziałek, 30 czerwca 2008]

Szanowni,

Właśnie mija tydzień od rozpoczęcia „Okruchów”; od uruchomienia tej strony. Teraz przed nami zadanie najważniejsze dla powodzenia całej akcji – przeprowadzenie skutecznej promocji przedsięwzięcia. W ciągu tygodnia wysłaliśmy wiele maili do różnych mediów, wykonaliśmy wiele telefonów do redaktorów i … są już pierwsze efekty. Wsparcia udzieliła nam już Gazeta Wyborcza, publikując w sobotnio-niedzielnym wydaniu (z dnia 28.06.2008) spory tekst pt. „Wyścig z zanikiem mięśni”. Możecie go przeczytać także w internetowym wydaniu GW tutaj. Małgorzata Goślińska, autorka tekstu nieźle nas, tzn. Tomka Walugę i mnie, wymęczyła dociekliwymi pytaniami ;)) Ale bardzo cieszymy się z tego tekstu, bo pokazuje nie tylko powagę choroby Piotrusia, ale także zaangażowanie bardzo wielu osób, w szczególności naszych kolegów z pracy – z ArcelorMittal Poland, w pomoc Maluchowi i jego rodzicom. Takie teksty po pierwsze bardzo napawają optymizmem, po drugie o chorobie Piotrusia trzeba pisać, pisać i pisać, trzeba wymieniać informacje, bo wciąż wiemy o niej za mało. Dzięki sile mediów może uda się dotrzeć do kogoś, kto wie o SMA więcej od nas. Spędziłem z Tomkiem godziny na rozmowach o chorobie Piotrusia i, wierzcie mi, z rozmów tych wynika, że największym problemem przy tym schorzeniu jest niewystarczająca wiedza.

Już wcześniej, bo na początku roku, rozpoczęliśmy współpracę z Magazynem Hutniczym – największym i najbardziej popularnym tygodnikiem branży hutniczej. Obydwoje z Tomkiem Walugą pracujemy w firmie produkującej stal i w związku z tym liczymy, iż docierający do wielu tysięcy hutników Magazyn pomoże także wśród nich wypromować „Okruchy”. Jestem pewien, że wielu kolegów weźmie udział w licytacjach „Okruchów Życia”, wszak hutnicy są znani z gotowości do pomocy. Chcecie na to dowód? Podczas naszej kwesty na rzecz Piotrusia Walugi w czterech hutach ArcelorMittal Poland udało się zebrać w ciągu dwóch tygodni do pomarańczowych skrzynek ze zdjęciem Piotrusia ok. 6 tysięcy złotych. Wiemy też, że bardzo wielu kolegów z branży przekazało swój 1 proc. od podatku na leczenie Małego. Właśnie dlatego wsparcie medialne Magazynu Hutniczego jest dla naszej akcji tak istotne. Czapki z głów dla kolegów hutników! Dzięki za Waszą dobroć!

Bardzo pożytecznego wsparcia udzielił nam też jeden z najpopularniejszych w Polsce portali rowerowych www.mtbnews.pl, zamieszczając informację o „Okruchach” wraz z linkiem do www.okruchyzycia.pl. Czekamy teraz też na publikację w innym bardzo popularnym portalu rowerowym www.bikeworld.pl. Wsparcie tych mediów jest bardzo ważne, bo w tak dużej, międzynarodowej imprezie kolarskiej jak TransAlp będziemy w tym roku jedynymi Polakami. Oba portale zadeklarowały, że będą publikowały nasze relacje z wyścigu. 

W planie mamy pozyskanie jeszcze kilku dużych mediów. Jakich? Nie będę pisał, by nie zapeszać ;) Tymczasem trwa akcja plakatowo – ulotkowa. Mateusz biega w wolnej chwili z nimi po Sopocie, ja z Tomkiem i kolegami z pracy po Śląsku. Logo „Okruchów” zaistniało też w Internecie – oczywiście na „naszej klasie” jest go najwięcej ;) I tu prośba do Was Wszystkich – jeśli macie możliwość zamieszczenia aktywnego logo „Okruchów” na Waszej lub jakiejś zaprzyjaźnionej stronie www to proszę ZRÓBCIE TO. Można też wkleić je do swojej stopki w mailu. Logo można ściągnąć tutaj.

To na razie. Jutro poczęstuję Was kilkoma informacjami z naszych ostatnich treningów i startów.
Pozdrawiam, Fil

PS Acha, zapraszam do wpisywania się do Księgi Kibiców. Po powrocie z TransAlpu wśród wszystkich Kibiców rozlosujemy specjalny 21 „Okruch Życia”, podniesiony na ostatniej przełęczy wyścigu. „Okruch” będzie wyjątkowy, bo częściowo zatopiony w stali z wielkiego pieca huty w Dąbrowie Górniczej (dawna Huta Katowice).

 

[wtorek, 24 czerwca 2008]

Nareszcie uruchomiliśmy stronę!!!
W tym miejscu Mateusz i ja opowiemy Wam jak wygląda przygotowywanie akcji "Okruchy Życia" i jak przygotowujemy się do występu w wyścigu Transalp. Zaglądajcie tu często by poczytać też opowieść Tomka Walugi - taty chorego Piotrusia. Opowie Wam jak bardzo pogodnym dzieckiem jest Piotruś. Jaką ma w sobie wolę życia. Jak całą rodziną walczą z ciężką chorobą. 

Nie wyobrażam sobie początku tego dziennika bez podziękowań dla Przyjaciół, bez których akcji "Okruchy Życia" po prostu by nie było. Każdy z nich wniósł do tego przedsięzwięcia kawałek swojego serca, swoje zaangażowanie i siły, swoje umiejętności.
Dziękujemy:
Robertowi Gajdzikowi
Arturowi Chodórowi
Andrzejowi Krzyształowskiemu
Wojciechowi Smolarskiemu
Sylwii Winiarek
Agnieszce Gumieniuk
Joli Dobrowolskiej
Ewie Oczkowicz
Michalinie Kasprzyk-Kuźniak

Pozdrawiamy, Filip i Mateusz